RSS
wtorek, 09 lutego 2010

 

II

Jadę do Ciebie. Postanowiłam, właściwie to postanowiłam to dwa dni temu nad tym jeziorem. Ale teraz jestem po prostu jeszcze bardziej pewna, że to jedyna słuszna decyzja. Może jestem cholerną niedojrzałą egoistką. Może jestem czymś jeszcze gorszym, ale nie mogę inaczej. I nie chcę inaczej, do cholery, sama ze sobą mogę być szczera chyba nie? No więc nie chcę inaczej i teraz muszę ci po prostu jakoś to powiedzieć i liczyć, że zrozumiesz, że pomożesz. Czy tak będzie? Nie wiem, wielka niewiadoma. Idę na przystanek autobusowy. Słońce przygrzewa mocno, w końcu to środek lata o czym ja już prawie zapomniałam. A wkoło ludzie się cieszą, ludzie na plażę idą, ludzie piwo piją, tańczą na ulicach przed ośrodkiem wczasowym, uprawiają seks w samochodach na poboczu. Na wiosce babcie stare truskawki zbierają, zielsko wyrywają gadają o tym co było we wczorajszej „Modzie na sukces”. I wszędzie gdzie nie spojrzę jest tak cholernie normalnie, jest tak jak było, chociaż dla mnie już nigdy tak nie będzie. I ja już taka nie będę.

Dochodzę do przystanku. Całkiem spory tłumek się zebrał i czekają wszyscy do wielkiego miasta jadą, po ćpanie, do biedronki, zależy od osoby. A jadę do ciebie. Po co?

Żeby uratować własną młodość?

Żeby nie stracić szansy?

A może, cholera, jadę po to żeby pozwolenie na morderstwo uzyskać?

Przyjeżdża wypchany po brzegi busik i upycham się  na siłę razem z resztą gawiedzi. Mdli mnie, nie wiem czy z powodu tego co chcę zrobić, czy dlatego, że nad moją twarzą  zawisła przepocona pacha tłustego jegomościa. Obok siedzą dwie nastolatki.

- no i postanowiłam, że od września to będę chodzić na solarium co dwa tygodnie najwyżej. Skóra mi się niszczy, mówię ci.

- coś ty głupia to za często. Najwyżej dwa razy w miesiącu!

 

***

Dryń. Dzwonek do drzwi. Otwieram a tam kto? Nat. Papieża bym się prędzej spodziewał. Dwa dni nie odzywała się w ogóle, nie odpisywała na smsy, nie odbierała telefonu. Myślałem, że musi sobie poukładać co nie co, ale znając ją sądziłem, bo z zasady tak bywa, że układać będzie to o wiele, wiele dłużej.

- No hej skarbie wejdź, co cię sprowadza?

- Chyba… chyba muszę z tobą porozmawiać.

- No to rozmawiajmy.

- Nie tak od razu ok? czy gdzieś się śpieszysz?- usiadła na kanapę i podwinęła nogi. Jak zawsze.

- Napijesz się czegoś?

- Piwa- spojrzała twardo- ale to chyba odpada?

-no teraz to chyba tak. –uśmiechnąłem się szeroko – ale nie popadajmy w panikę.

Nalałem jej małą szklaneczkę heinekena. Jak zawsze. Nat piła tylko piwo „w zielonych butelkach” tak mawiała zawsze. I broń Cię panie boże przed podaniem jej któregoś z tych imbiro- cytryno-malinowych wynalazków dla kobiet.

- No to o czym chciałaś ze mną rozmawiać?

- A o czym ja teraz mogę z Tobą rozmawiać?- spojrzała smutno.

Dopiero teraz zauważyłem jaka jest smutna. Zrezygnowana, blada, oczy bez blasku.

- Chodź dzieciaku –usiadłem obok i przytuliłem ją- Niech zgadnę, boisz się?

- Tak Andrzej boję się strasznie,

Kiedy zwracała się do mnie po imieniu to zazwyczaj nie wróżyło niczego dobrego. Zazwyczaj nazywała mnie Mistrzem, Kotem, różnie.

-Poradzimy sobie- uśmiechnąłem się- to nie koniec świata. Chyba.

-Właśnie, że chyba tak jest. I ja muszę zrobić coś żeby ten nasz świat, mój świat się nie skończył.

- co masz na myśli?- nie za bardzo wiedziałem o co jej chodzi ale zdarzało się to dość często.

-Jezu… Co mam… Cholera, jakie to jest trudne! Andrzej… chcę… Chcę przerwać tą ciążę..

Cisza. O czym ona mówi?

-Co?!

Przymknęła  oczy. Wyglądała teraz jak mała dziewczynka. Jak mała dziewczynka miewająca swoje kaprysy i głupie pomysły.

-Co?!

- No nie ma innego wyjścia, przynajmniej dla mnie, ja muszę…Mam szkołę. Maturę. Studia przed sobą, nie mogę tego olać. Rodziców. Rodzice, oni mi tego nie darują, nie wybaczą. Ja nad tym myślałam… tak będzie lepiej. Dla Ciebie też, Ty mnie przecież nie kochasz, nie chcesz na stałe, nie udawaj. Ja mam 18 lat, maturę studia, ja się na dzieciach nie znam. Ja się dzieci boję.

Słowotok. Zamknij się już proszę.

-No i po prostu muszę. Możesz mi finansowo pomóc? Jak nie to ok., ja mam tą kasę na prawo jazdy, coś wymyślę. Ale muszę. Zgadzasz się?

Wyrzuciła to z siebie i otworzyła oczy. Spojrzenie miała tak skupione, że parzyło.

Cisza.

No i co mam odpowiedzieć? Mam ochotę krzyczeć –NIE, przywiązać ją na 9 miesięcy do łóżka. Jak ona może? No jak może. Przecież to mały człowiek już jest. Chyba. Tak czy inaczej dziecko. Również moje.

Ale czy mogę ją zmusić? Może faktycznie zrujnuję jej życie. Ale co? Mam się zgodzić na zakończenie innego?

- Zgadzasz się?

- Nie wiem Nat, nie chcę tego. Nie wiem, musze pomyśleć.

- OK. jutro jestem sama w domu przyjdziesz?

- Ok.

-Kocham cię i przepraszam. –chwyciła torebke i wyszła nie czekając na odpowiedź.

I słusznie. Bo nie doczekała by się jej.

14:57, uncanny21
Link Dodaj komentarz »
Tobie. Wciąż jesteś dla mnie narkotykiem, choć ja dla Ciebie już tylko chlebem powszednim.